Fafnir

 Szczerze zdziwiony, otworzyłem szerzej oczy. Tom mnie lubi? Lubi mnie tutaj? U siebie? Myślałem…

— Wszystko dobrze? — kowal sięgnął do mojego policzka zaniepokojony. Dopiero wtedy poczułem spływającą po nim łzę. Gdzieś wewnątrz mnie kotłowało się dziwne uczucie. Nie była to złość ani smutek. Nie był to strach ani wstręt. Przez chwilę czułem silne ukłucie, a po chwili dziwną lekkość. Jakby zalegający tam ciężar w końcu spadł.

— Co powiedziałeś? — wymamrotałem.

— Że musimy poszukać prezentu? — Osadnik uniósł brew zdziwiony.

— Wcześniej! — uniosłem wzrok na kowala i spojrzałem mu w oczy. Jego twarz oblała się szkarłatem.

— Ja… lubię cię… i chcę cię… tutaj — wybełkotał brunet. To wystarczyło, żebym rozpłakał się na dobre. Tom spanikował, a ja rzuciłem mu się na szyję. Osadnik próbował mnie pocieszyć i przepraszać, sam nie wiem za co, a ja nie mogłem przestać płakać.

— Ja też… cię lubię — wydusiłem przez łzy. Tom zaczął mnie głaskać raz po głowie, raz po plecach, zaraz znowu po głowie. Widać było, że nie wie, co ma robić. W końcu, wycieńczony całym dniem i silnymi emocjami, zasnąłem z głową na ramieniu kowala.

***

Po paru godzinach obudziłem się w łóżku. Tom leżał obok i tulił mnie do swojej piersi. Spragniony ciepła, zanurkowałem pod jego koszulkę. Kowal zajrzał przez kołnierz do środka i uśmiechnął się ciepło. Przytuliłem się do rozgrzanej skóry bruneta i zerknąłem w górę.

— Jak się czujesz? — zapytał Tom, powoli gładząc moje plecy.

— Już mi lepiej. Przepraszam za tamto. Ja po prostu… Myślałem, że ci przeszkadzam.

— Ty? Żartujesz?

— Dotychczas zawsze tak było… — powiedziałem cicho, wspominając swoje życie przed wyspą i w pierwszych latach po zesłaniu na nią.

— Fafik, jesteś jedyną osobą na całej wyspie, ba, na całym świecie, która mi nie przeszkadza — odparł Tom z powagą.

— Jesteś pewien? Po tym wszystkim? Przecież sprawiłem ci tyle kłopotu…

Phanthom ukrył swoją twarz w moich włosach i coś wymamrotał.

— C-Co mówisz? — zapytałem, unosząc wzrok na kowala. Brunet wziął głęboki oddech.

— Byłem zazdrosny — wypalił.

— Bo poszedłem do pracy?

— Nie to.

— Bo powiedziałem, że chcę odbudować swój dom?

— Jak w ogóle mogę być o to zazdrosny?

— Więc o co jesteś?

— O ciebie.

— O mnie…? Jak to? — zapytałem, gdy zaskoczenie trochę opadło.

— Lubię cię i chcę być blisko ciebie, ale teraz większość czasu spędzasz w pracy. Gdy przestanie ci być potrzebna, odejdziesz jeszcze dalej.

— Przecież nie opuszczę wyspy — zaśmiałem się. Przeprowadzka to przecież nie śmierć.

— Poza tym, przecież będziemy się odwiedzać — dodałem zaraz potem.

— Ale to nie to samo. Wciąż będziesz daleko. Już nie będę widział cię rano i przed snem… — jęknął Tom rozżalony.

— Przecież będziesz mógł u mnie nocować — przesunąłem się wyżej, zmuszając kowala do spojrzenia na mnie.

— Nigdy nie będę aż tak daleko, żebyś nie mógł mnie odwiedzić. Ja też będę przychodził. Ty i Melody jesteście moimi przyjaciółmi. To oczywiste, że będę chciał was widywać.

— A Ted?

— Co Ted?

— Też jest twoim przyjacielem?

— Ted to przede wszystkim szef. Kolegujemy się, ale nie jesteśmy ze sobą blisko. Znam go zaledwie kilka dni — wyjaśniłem — W dodatku nie były one tak intensywne jak choćby jeden spędzony z tobą — zaśmiałem się. Wyswobodziłem się spod koszulki bruneta i tym razem to ja przytuliłem go do swojej piersi. Nie wiedziałem, że jest tak niepewny naszej relacji.

— Nie zostawię cię. Za bardzo cię lubię — powiedziałem, przeczesując jednocześnie palcami czarne włosy kowala. Pochyliłem się nad nim i ucałowałem czule czubek jego głowy. Następnie przytuliłem ją do swojej piersi.

— Ty też jesteś dla mnie ważny. Nie zapominaj o tym — szepnąłem zanim obaj zasnęliśmy.

***

Rano obaj zrobiliśmy burzę mózgów, co dać Melody i Lucanowi w prezencie ślubnym. Tom początkowo proponował kwiaty, ale Lucan raczej nie byłby specjalnie zadowolony. Później zaproponował jakiś drobiazg wykonany z metalu lub coś do domu.

— A gdyby tak… udało się nam zdobyć kwiaty pieśniarza?

— Pieśniarza?

— To roślina, przypominające grzyb drzewo. Kwiaty rosnące przy jego korzeniach mają lecznicze właściwości. Są dobre na wszystko.

— Dobrze by było, gdyby wioska była wyposażona w taką roślinę.

— Właśnie nie do końca. Pyłki tego drzewa wywołują omamy słuchowe, dlatego zebranie kwiatów stanowi zawsze mały problem.

— Rozumiem… Gdzie je znajdziemy? 

— Na bagnach.

— Czy to aby na pewno bezpieczne?

— Tamtejsze wody nie nadają się do picia, ale nie są aż tak szkodliwe. Większym zagrożeniem na pewno będą inni Samotnicy. W lesie się od nich roi.

— Czy w takim razie w ogóle warto dawać taki prezent? — Tom nie wyglądał na przekonanego.

— Nic co jest coś warte nie przychodzi łatwo — odparłem, ubierając na głowę kapelusz.

— Przekażę Tedowi, co uzgodniłem z Melody i pewnie zajmiemy się projektowaniem bukietów. Na zbiórkę kwiatów jeszcze za wcześnie. Wpadnij do nas jak uporasz się ze swoimi zamówieniami — powiedziałem, czochrając przy tym włosy kowala. Następnie pożegnałem go i udałem się do kwiaciarni.


< Tom? Czy to pora na przygodę? >

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Fafnir

Phanthom